Rozdział 56
“Trzymam cię”
Procesja Armii Cesarskiej była uroczysta i dostojna. Skierowali się wschód, w kierunku Otchłani Przywołującej Dusze.
Podróż zajmowała około trzech dni. Wieczorem pierwszego dnia dotarli do rzeki Yushui. Słudzy zaczęli rozbijać obóz i porządkować namioty dla swoich panów, natomiast szlachta została wezwana do kwater cesarza na obiad.
Kiedy Mo Xi wszedł, większość urzędników już tam była. W ogromnym namiocie stworzonym z pomocą magii ustawiono ponad sto stołów. Służąca zaprowadziła go na jego miejsce. Mo Xi rozejrzał się i zobaczył Murong Liana, patrzącego na niego z drugiej strony namiotu. Podobnie jak reszta szlachty był ubrany w ceremonialne szaty — misterne, szafirowo-niebieskie, haftowane w nietoperze. Niebiesko-złota wstążka była starannie zawiązany na czole, przez co jego twarzy wyglądała na chorobliwie bladą.
Rezydencja Wangshu i rodzinna Mo miały wielu bohaterów. Z błogosławieństwem przodków zrozumiałe było, że Murong Lian kwalifikował się do noszenia wstążki.
Po przybyciu wszystkich, cesarz otworzył usta i powiedział:
— Byliśmy w drodze przez cały dzień, zapewne jesteście zmęczeni. Podać jedzenie.
Pałacowe służące nosiły talerze i puchary. Chociaż jedzenia nie było wiele, to wciąż można było zauważyć cztery dania na ciepło i cztery na zimno.
Cztery dania na zimno to szarpana wieprzowina, kaczka, słodki korzeń lotosu z cynamonem i mrożone ryby. Na cztery dania na ciepło składały się ryba w oleju, smażony węgorz z krewetkami, gotowany na parze krab i smażony korzeń lotosu. Jeśli chodzi o danie główne, były to charakterystyczne dla cesarskiego szefa kuchni pierożki w bulionie z proszkiem grabowym.
Mo Xi pokłócił się wczoraj z Gu Mangiem i był w złym nastroju. Nie chciał nic jeść. Zamiast tego wypił kilka kubków wina więcej niż zwykle.
W rzeczywistości coroczna ceremonia zakończenia roku była nie tyle formą kultu, co raczej wspomnieniem zmarłych — ile bitew wygrali, jaką magiczną broń zdobyli i czy kraj cieszył się pokojem.
Jeśli miniony rok nie był szczęśliwy, atmosfera na uroczystości była bardzo ciężka. Gdyby Chonghua natomiast miało dobry rok, było to jak składanie podziękowań dla dusz poległych.
— W tym roku nie walczyliśmy i zregenerowaliśmy siły. Chociaż było kilka nieprzewidzianych sytuacji, to i tak był to dobry rok.
— Haha, zgadza się. Region Wschodni odzyskał kawałek utraconej ziemi. To dobra okazja do świętowania.
Yue Chenqing siedział niedaleko i zaczepiał swojego najmłodszego wuja.
— Czwarty wujku, czwarty wujku, to twój ulubiony słodki korzeń lotosu. Jeśli chcesz, oddam ci swoją porcję!
Jego ojciec, Yue Juntian niedawno wrócił do stolicy. Oczywiście on również był obecny. Kiedy zobaczył, że jego syn dręczy Murong Chuyi, poczuł lekkie zażenowanie. Zakaszlał dwa razy i spojrzał na syna ostrzegawczo.
Kiedy Mo Xi zobaczył tę scenę, spróbował przypomnieć sobie, kiedy Gu Mang po raz pierwszy uczestniczył w tego rodzaju ceremonii.
W tamtym czasie zyskał już przychylność starego cesarza. Władca był w dobrym nastroju i nawet pozwolił mu uczestniczyć w tym wydarzeniu, choć pierwotnie miała do tego prawo jedynie szlachta.
Gu Mang był przeszczęśliwy z powodu tego zaszczytu. Jego miejsce znajdowało się tuż obok Mo Xi. Nie mógł powstrzymać podekscytowania i mówił przez czas. Zachowywał się bardzo podobnie, jak Yue Chenqing.
— To sashimi jest naprawdę pyszne. Słyszałem, że zrobiono je ze świeżych plastrów karpia, które cesarski kucharz sam złowił. Spróbuj.
Mo Xi zamknął oczy i przełknął łyk wina.
Do końca bankietu nawet nie tknął ryby stojącej na stole.
Wrócił do swojego namiotu, zamierzając od razu udać się na spoczynek. Zobaczył jednak kapitana straży, który chodził niespokojnie tam i z powrotem przed jego kwaterą.
— Panie! — powiedział z niepokojem strażnik, kiedy tylko zobaczył Mo Xi.
— Coś nie tak? — zapytał Mo Xi.
— Ja…pan kazał mi obserwować Gu Manga i podać mu lekarstwo, więc poszedłem do namiotu, żeby go poszukać, jednak go tam nie było. Nawet nie zjadł z nami kolacji. Nie wiem, gdzie poszedł…
Mo Xi wcale nie był tym zmartwiony. Przeklęty kajdan na szyi Gu Manga gwarantował, że ten znajduje się w obozie.
Mo Xi westchnął.
— Daj mi lekarstwo. Idź i odpocznij.
— Ale…
Chcesz osobiście zająć się tak błahą sprawą?
Mo Xi nie chciał więcej dyskutować.
— Idź — powtórzył.
Ponieważ tak powiedział, kapitan straży nie śmiał się sprzeciwiać. Z szacunkiem podał lekarstwo Mo Xi i odszedł, zgodnie z rozkazem.
W nocy, nad rzeką, wiatr był bardzo silny. Mo Xi stał przez chwilę w miejscu, starając się otrzeźwieć. Potem obszedł część obozu, która pozostawała pod jego pieczą.
Gu Mang rzeczywiście wciąż tu był. Siedział pod drzewem sekwoi, zwinięty w kłębek i spał.
Mo Xi patrzył na niego przez chwilę. Potem powoli pochylił się, kucając przy nim. Wczorajszy gniew wciąż nie ustąpił, więc atmosfera między nimi była bardzo niezręczna. Mo Xi milczał przez długi czas.
— Wstawaj. Idź spać do namiotu.
Naprawdę nie rozumiał, dlaczego Gu Mang nie mógł rozstawić namiotu, jak wszyscy inni, tylko wybrać niebo na okrycie i ziemię zamiast maty.
— Obudź się.
Wołał go kilka razy, ale Gu Mang się nie poruszył. Mo Xi nie mógł powstrzymać uczucia irytacji. Podniósł rękę i szturchnął go.
Ale niespodziewanie po tym szturchnięciu Gu Mang upadł na ziemię niczym kukiełka. Światło księżyca przebiło się przez igły i padło na jego twarz, która była pokryta chorobliwie intensywnym rumieńcem, a jego skóra była bledsza niż zwykle. Oczy miał mocno zaciśnięte, a długie rzęsy drżały. Oddychał ciężko przez lekko uchylone usta.
Mo Xi był w szoku.
— Gu Mang? — Podniósł rękę, by dotknąć jego czoła. Było niesamowicie gorące.
Mo Xi pospiesznie podniósł Gu Manga i zaniósł go do jego małego namiotu. Na szczęście część obozu należąca do Xihe-Juna znajdowała się na odludziu, a ludzie, których ze sobą zabrał dawno udali się na spoczynek. Nikt nie widział tej sceny.
Mo Xi otworzył zasłonę i położył na łóżku Gu Manga, który nagle odzyskał przytomność. Otworzył zaspane oczy i spojrzał na Mo Xi zamglonym wzrokiem.
Wydawało się, że nagle coś sobie uświadomił. Uniósł się z trudem, próbując wstać z łóżka.
Mo Xi przytrzymał go w miejscu. Tłumiąc niepokój w sercu, zacisnął zęby.
— Co robisz? Połóż się — powiedział ściszonym głosem.
Gu Mang przygryzł wargę. Błękit jego oczu wyglądał jak głębiny morza. Serce Mo Xi zabiło szybciej pod tym spojrzeniem. Nie mógł się powstrzymać od zaciśnięcia dłoni i wyprostował się, aby zachować między nimi odpowiedni dystans.
Gu Mang patrzył na niego w oszołomieniu. Być może nawet go nie widział, ponieważ jego oczy były skupione na jedwabnej wstążce na czoło, którą nosił Mo Xi.
Chory otworzył usta, próbując coś powiedzieć, choć sam nie wiedział, co by to mogło być.
Znów przygryzł wargę i spróbował wstać.
A Mo Xi znów go powstrzymał.
— Co robisz?
Gu Mang był oszołomiony przez trawiącą go gorączkę. Chwycił ubranie Mo Xi i uparcie próbował zejść z łóżka.
— Gu Mang! — powiedział surowo Mo Xi.
To imię zdawało się przywołać część jego świadomości. Gu Mang zadrżał, a jego plecy zgarbiły się, kiedy osunął się na podłogę. Wyglądał niemal nędznie.
— Pozwól mi odejść…błagam, pozwól mi odejść… — wymamrotał w oszołomieniu.
— Masz gorączkę. Połóż się.
— Pozwól mi…nie chcę…nie chcę tu być…
Serce Mo Xi wypełniło się bólem i złością. Był zirytowany i rozgorączkowany. Pomógł Gu Mangowi wstać i próbował zmusić go do położenia się, ale Gu Mang nie słuchał. Tym razem znów szarpnął szaty Mo Xi i przyłożył gorące czoło do jego talii.
— Nie chcę tu spać…
Jego szyja, która zawsze była wyprostowana, teraz była zgięta, jakby w każdej chwili mogła się złamać.
Wisiał na Mo Xi, oszołomiony gorączką. Chciał go odepchnąć, ale wtedy poczuł się jak rozbitek, który mocno przyległ do kawałka dryfującego na morzu drewna. Odpychał go, ale jednocześnie nie chciał puścić.
Gu Mang przytulił twarz do talii Mo Xi.
— Twoje łóżko… — wychrypiał — jest zbyt czyste…
— Co? — zapytał oszołomiony Mo Xi.
— Jestem…brudny…
Mo Xi poczuł się, jakby położył na jego piersi głaz. To było zbyt bolesne.
Osoba, która go przytulała, drżała. Nie wiedział, czy to z powodu gorączki, czy strachu.
— Nie wiem… — skomlał Gu Mang. — Nie wiem, jak spać…nie chcę…go ubrudzić…pozwól mi…
— Dokąd chcesz iść…? — zapytał cicho Mo Xi.
To pytanie uderzyło w Gu Manga.
— Ja…nie wiem…
Gardło Mo Xi było ściśnięte. Spuścił głowę i spojrzał na niego, nie mogąc wykrztusić słowa.
— Jestem brudny. Nie wiem, dokąd iść…
Serce Mo Xi kołatało. Pod tym kątem widział policzek Gu Manga, który wciąż był zaczerwieniony po wczorajszym uderzeniu.
Naprawdę wcale się nie powstrzymywał.
“Wiesz, jaki jesteś brudny?!”
To zdanie wciąż brzęczało mu w uszach.
Czy żałował?
Nie…
Jego serce było twarde jak skała. Nie żałował.
Po prostu…
Nie wiedział, dlaczego nagle przed oczami pojawiła mu się jasna, uśmiechnięta twarz. Z czasów ich młodości.
Z czasów, kiedy jeszcze nie byli kochankami, ale po prostu towarzyszami.
Mo Xi wpadł w zasadzkę i został uwięziony na terytorium wroga. Czekał na posiłki.
Czekał, a śmierć zbliżała się do niego wielkimi krokami. W końcu świat pokrył szkarłat.
To był jego starszy brat Gu, w czerwonym mundurze armii i srebrnej zbroi.
Gu Mang zsiadł z konia i wziął w ramiona swojego shidi. Ciało Mo Xi było pokryte jadem bestii z kraju Liao. Jego spierzchnięte usta otwierały się i zamykały przez pewien czas, zanim w ogóle dobiegł z nich głos.
— Puść… — powiedział ochryple.
— Shidi!
Mo Xi westchnął.
— Nie dotykaj mnie…jestem brudny…
Bardzo brudny. Nie chcę cię ubrudzić.
To sprawi, że ty też będziesz chory.
Ty i ja po prostu walczymy w jednej armii. Nie jesteśmy spokrewnieni. Dlaczego…ranisz się dla mnie?
Ale co powiedział wtedy Gu Mang?
To zakurzone, odległe wspomnienie, którego nigdy nie chciał przywoływać, nagle wypełniło jego umysł.
Gu Mang powiedział: “Nie martw się. Ten shixiong będzi ci towarzyszył.”
Zawsze znajdzie ktoś, kto nie boi się śmierci, kto uratuje cię od trującego jadu.
— W porządku. Nie boję się. Odkąd wybrałem tę ścieżkę, odkąd wkroczyłem na pole bitwy, nie planuję wrócić cały i zdrowy. Bez względu na to, czy jestem szlachcicem, niewolnikiem, czy zwykłym człowiekiem, ty i ja jesteśmy towarzyszami. Będę żył i umierał razem z tobą.
Ja, Gu Mang, jestem niewolnikiem. Po raz pierwszy otrzymałem szansę, aby się wykazać. nie boję się śmierci. Chcę tylko, aby Choghua się przekonało, aby cesarz się przekonał, aby wszyscy zobaczyli…że nawet taki skromny niewolnik jest taki sam, jak ty. Wszyscy mamy tę samą pasję i lojalność.
Jestem godzien, abyś nazywał mnie shixiongiem.
Poplam moje ciało swoją krwią. Złap moją dłoń.
Jeśli znów zostaniesz ranny, poniosę cię. Będę ci towarzyszył.
Zabiorę cię do domu.
Serce Mo Xi zdawało się być rozrywane przez pazury dzikiej bestii. Z jednej strony była wrogość narodowa, z drugiej głęboka wdzięczność.
Dlaczego?
Dlaczego ten, który zadał mu najwięcej bólu i ten, który dał mu najwięcej miłości, był tą samą osobą?
Został zagnany w ślepy zaułek. Dusił się.
W przyćmionym świetle świec wpatrywał się w Gu Manga. Tyle nienawiści, tyle miłości, tyle…
Tak wiele, że lepiej byłoby umrzeć.
“Obejmij mnie. W porządku. Nie boję się.”
“Nie boję się”
Mo Xi nagle zamknął oczy. Zapadła martwa cisza i nagle światło zamigotało. Pochylił się i nagle wziął Gu Manga w ramiona. Wyszedł z małego, wojskowego namiotu i poszedł w stronę własnego.
Delikatnie położył starszego brata Gu, oszołomionego z powodu gorączki, na swoim przestronnym, miękkim łóżku.
Podniósł rękę i zawahał się przez chwilę. W końcu dotknął gorącego policzka Gu Manga.
To było tylko muśnięcie, ale Gu Mang wydawał się być przerażony wczorajszym uderzeniem. Zmarszczył brwi i instynktownie zadrżał.
…
Mo Xi powoli opuścił rękę i usiadł na brzegu łóżka. Po dłuższej chwili ukrył twarz w dłoniach. Jego postać wydawała się tak zmęczona, targana przez niezliczone ciężkie i sprzeczne uczucia.
Po chwili Gu Mang zasnął z wycieńczenia. Mo Xi odwrócił się, by spojrzeć na zwiniętego w kłębek mężczyznę, śpiącego obok niego. Przez długi czas był oszołomiony.
Czuł, że wariuje.
Ceremonia…za ofiarowane dusze. Za dusze zmarłych, którzy ginęli z rąk Gu Manga.
A on…co robił?
Opiekował się zdrajcą?
Zamknął oczy, wstał i wyszedł z namiotu. Butelka z lekarstwem wciąż znajdowała się w jego kieszeni. Początkowo chciał go dać Gu Mangowi od razu, ale teraz…lepiej było poczekać, aż Gu Mang trochę odpocznie…
Mo Xi stał na zewnątrz, a nocny wiatr owiewał mu twarz. Jego serce było w rozsypce. Chociaż nie chciał już pozwolić sobie na żadne ciepłe uczucia względem Gu Manga, wciąż nie mógł zapomnieć słów kapitana straży, który twierdził, że Gu Mang nawet nie jadł obiadu. Długo się wahał, ale w końcu poszedł w kierunku namiotu cesarskiego kucharza.
Komentarze
Prześlij komentarz