Rozdział 67

“Zaufać ponownie”



Gu Mang nic nie powiedział. Jego niebieskie oczy patrzyły w te czarne. Popiół z kadzidła omiótł ich sylwetki.

Westchnienie Jiang Yexue znów rozbrzmiewało mu w uszach, który powiedział mu wcześniej, że Mo Xi miał zaledwie siedem lat, kiedy odszedł Fu Ling-Jun.


„Został zdradzony przez zastępcę dowódcy. Jego głowę oddzielono od ciała i usunięto jego duchowy rdzeń. W liście, który nie został wysłany, napisano, że Qiyue dzieli tę samą szatę ze swoim synem.”


„Zrobiłeś prawie to samo co on. Jak Mo Xi może ci wybaczyć?”


Popiół z kadzidła został rozwiany przez wiatr. 

— Myślę, że ja też… nie chciałem iść na wojnę — szepnął Gu Mang.

Kiedy to powiedział, nie wiedział dlaczego, ale bolało go serce i gardło i prawie się zakrztusił. Choć nie pamiętał, miał wrażenie, że mówił szczerze.

Mo Xi źle go zrozumiał.

Jak mógł chcieć iść na wojnę… Tak wielu ludzi zginęło. Góry trupów i morze krwi. Sukces generała opierał się na tysiącach kości. Jak mogło mu się to podobać?

Nie walczył o łupy. Nie walczył dla sławy. Inaczej nie widziałby tylu duchów. Nie widziałby, jak go przesłuchują i obwiniają. Zawsze żył w grzechu.

— Wiem, jak się czujesz.

Wiem, co czujesz, kiedy straciłeś ojca.

Ja wiem…

Mo Xi nie powiedział ani słowa.

Nie chciał się kłócić nad grobem ojca. Wierzył, że Gu Mang ceni ludzkie życie i relacje międzyludzkie. Ale teraz słowa Gu Manga wydawały mu się śmieszne. Jak osoba, która mówiła „nie myśl za dużo o starych związkach”, która w ramach zemsty potrafiła wycelować ostry nóż w swoich byłych braci, mogła zrozumieć jego uczucia?

Różnił się od Gu Manga. Nie mógł porzucić przeszłości. Nawet teraz nadal nie lubił słodkiego zapachu kwitnącego osmantusa.

To było tak, jakby nigdy nie mógł zapomnieć swojego ojca, mimo że był wtedy jeszcze taki młody. Ale tak długo jak chciał, mógł widzieć przeszłość, kiedy zamykał oczy.

Zobaczył ojca stojącego pod drzewem osmantusowym z wyprostowanymi i wysokimi plecami.

Nie mógł nawet lubić własnej broni, bo po tylu latach wciąż nie mógł zapomnieć pytania, które zadał ojcu: 

— Ojcze, z czego jest zrobiona twoja broń?

To było jak klątwa.

Mo Xi wpatrywał się w rząd złotych słów: 

Mo Qing Fu Lingjun

Bohaterski duch pogrążony jest w wiecznym śnie.

 Z łatwością mógł sobie wyobrazić każde źdźbło trawy i każde drzewo na podwórku przy posiadłości Mo. Między nim a jego ojcem istniała także umowa.

Mo Xi zamknął oczy i powiedział: 

— Nie rozumiesz.

Od siódmego roku życia rozumiał, co oznaczają płomienie wojny. Zapłacił najokrutniejszą cenę – życie swojego ojca.

W tym czasie Mo Xi był jeszcze młody i niedoświadczony. Na początku nie wiedział, co oznacza wojna. Myślał tylko, że to było niesamowite. Myślał, że dreszcz walki i zabijania był nieopisanie atrakcyjny. Dlatego wypytywał ojca o broń.

Podobał mu się sposób, w jaki wyglądał jego ojciec w wojskowym mundurze. Dumnie i dostojnie.

Lubił, gdy jego ojciec szedł na pole bitwy. W głębi serca czuł, że jego ojciec nigdy by nie przegrał. Płomienie wojny przyniosły jedynie najwyższą chwałę rodzinie Mo.

Był zbyt naiwny.

Nie wiedział, co odbiorą mu płomienie wojny.

Jeśli chodzi o Mo Qing Fu Lin, prawdopodobnie uważał on wówczas, że rozmowa o życiu i śmierci jest zbyt poważna ze względu na jego młody wiek. Dlatego uśmiechnął się i odpowiedział: 

— Mam dwa. Jeden został stworzony przez duszę Shuairan. Jest to rodzinna broń rodu Mo. Zostanie przekazana tobie w przyszłości. Drugi został zdobyty w Akademii Kultywacyjnej, kiedy byłem młody.

Oczy Mo Xi były pełne podziwu. Podniósł głowę i chwycił ojca za rękaw.

— Chcę to zobaczyć, chcę to zobaczyć!

Mo Qing Fu Lin stanął pod drzewem osmantusowym, potem podniósł dłoń i powiedział z uśmiechem: 

— Wyjący Księżycu, przywołaj.

Złote światło wyleciało z jego dłoni i zebrało się w kształt wieloryba. Płynął spokojnie między gałęziami drzewa. Machnięciem ogona deszcz kwiatów wypełnił dziedziniec.

Małe dziecko stanęło obok nóg ojca i ze zdziwieniem spojrzało w górę szeroko otwartymi, czarnymi oczami.

— Przemień się w ostrze. — Na rozkaz Mo Fu Lin-Juna duchowy wieloryb szybko przekształcił się w złotą tarczę w jego dłoni. Mo Qing Fu Lin opuścił głowę i uśmiechnął się do syna. 

— Wyjący Księżyc powstał z rdzenia duszy wieloryba. Po przekształceniu w ostrze stał się tarczą. To moja druga broń.

W tamtym momencie Mo Xi był zarówno zazdrosny, jak i ciekawy. Wyciągnął rękę i ostrożnie dotknął tarczy.

— Więc cała broń używana przez kultywujących jest stworzona z dusz?

— Prawie wszystkie. —  Fu Lin-Jun uśmiechnął się. — Broń wykonana z miedzi i żelaza często nie jest w stanie wytrzymać duchowej mocy. Poza tym nie można jej wezwać na podstawie kontraktu. Muszą być zawsze przy tobie. Dlatego nikt nie wybierze zwykłego żelaza. 

Mo Xi nie do końca rozumiał. Zamrugał ze zdumieniem oczami i ponownie spojrzał na tarczę. 

— Ojcze, czy ja też będę taki mieć?

— Jesteś jedynym synem rodziny Mo. W przyszłości rozpoczniesz naukę w Akademii Kultywacyjnej. Oczywiście, ty też ją będziesz mieć.

Mo Xi nagle stał się podekscytowany. Jako nowonarodzone cielę nie miał szacunku dla broni ani śmierci. Tylko czuł, że to było bardzo potężne. W przyszłości chciał także dosiąść konia bojowego, tak jak jego ojciec, i przemierzyć świat.

Nie doświadczył wówczas przewrotności życia i śmierci. Tylko lekkomyślnie i nieświadomie myślał, że zdecydowanie spodobałoby mu się takie chaotyczne życie.

Długi łuk przebił wiatr i śnieg, a zwłoki owinięto końską skórą.

Co za bohaterski sen.

Mo Xi nie mógł powstrzymać się od dotknięcia tarczy swojego ojca. Jego oczy zabłysły i zapytał: 

— Więc jaka będzie moja? Czy będzie to duża ryba jak twoja?

Mo Fu Lin-Jun przykicnął, aby być na tym samym poziomie, co jego syn. Uśmiechnął się i pogłaskał jego miękkie czarne włosy.

— Starsi w Akademii dadzą ci misję. W tej misji przywołasz boski miecz najbliższy twojej duszy. Tak, możesz zdobyć dużą rybę jak ojciec, albo może być coś innego. Ptaki, zwierzęta, rośliny duchowe, kwiaty, wszystko jest możliwe. 

— Czy dostanę taki, gdy tylko pójdę do Akademii?

— Coś w tym stylu. — Mo Fu Lin-Jun uśmiechnął się.

— Więc chodźmy szybko do niej! — Mo Xi spojrzał na niego z zaciekawieniem. – Czy możemy iść jutro?

— Haha, nie jutro. Musisz poczekać, aż skończysz co najmniej siedem lat. Akademia nie przyjmie dzieci młodszych niż siedem lat — powiedział cierpliwie Mo Fu Lin-Jun. — Kiedy skończysz siedem lat, poproszę Jego Wysokość, aby umożliwił ci wejście do Akademii. Następnie możesz przyjąć zlecenie. Po ukończeniu zlecenia nasz Mo Xi będzie prawdziwym kultywatorem.

Nieświadomy spraw światowych, Mo Xi poczuł się szczęśliwy. Nagle wydawało się, że o czymś pomyślał. Był zaskoczony i zawahał się. 

— Ojcze…

— Hm?

— Czy to zadanie jest trudne? A jeśli nie zdam i nie zostanę kultywatorem?

— Nie dojdzie do tego. — Mo Fu Lin-Jun uśmiechnął się. — Nawet głupiec może zdać. Można zdać na leżąco lub z zamkniętymi oczami. Nie musisz się bać. — Po chwili nagle poklepał go po głowie. — Poza tym, będzie ci towarzyszył starszy brat lub siostra. Jeśli będziesz miał jakieś trudności, oni ci pomogą.

Dopiero wtedy Mo Xi poczuł ulgę. Zafascynowały go słowa ojca. Wyglądało na to, że nie mógł się doczekać, aż dorośnie i będzie mógł mieć własną broń.

Ojciec powiedział, że go zabierze, gdy będzie miał siedem lat.

Dlatego czekał na to każdego dnia. Liczył dni do ukończenia siedmiu lat. Miał nawet kalendarz. Codziennie przed pójściem spać zakreślał w nim kolejne dni.

Za każdym razem, gdy stawiał krzyżyk, miał wrażenie, że był o krok bliżej realizacji swojego marzenia o byciu bogiem wojny. Lubił walczyć. Nie mógł się doczekać, aż zdobędzie broń, ulepszy swoją kultywację, dorośnie, a potem będzie mógł walczyć ramię w ramię ze swoim ojcem. Jak cudownie.

Później najechał na nich kraj Liao. Mo Fu Lin-Jun jak zwykle objął dowództwo i rzucił się na pole bitwy.

W tym samym roku Mo Xi w końcu skończył siódmy rok życia.

Jednakże nie miał nadziei na powrót ojca i na wejście z nim do szkoły. To był raport wojskowy. Zanim zdążył pojąć jego sens, dwór Mo był już pokryty białym jedwabiem, a dzwon pałacu królewskiego bił głośno.

— Fu Ling-Jun nie żyje!

Całe miasto płakało i lamentowało. Papierowe pieniądze pokrywały ziemię jak ciężki śnieg, który nie topił się od wielu lat.

Wszyscy płakali. Fala za falą ludzie przybywali do posiadłości Mo, aby wylać łzy i ofiarować wino. Jego matka już kilka razy płakała aż do nieprzytomności. Jego bezwzględny wuj okazał hipokryzję, opłakując pogrzeb adoptowanego brata. Wszyscy byli ubrani w żałobne stroje. Nawet Mo Xie-Jun był ubrany na biało, kiedy podszedł.

— Utrata Fu Ling-Juna jest jak utrata części ciałą… — Położył głowę na trumnie. Łzy spłynęły mu po twarzy. Załkał: — Niebo, dlaczego jesteś dla nas takie okrutne?

Wszyscy urzędnicy uklękli na ziemi i płakali.

Na zewnątrz głównej sali piętrzyły się stosy sztabek złota i srebra. Arcykapłan zadął w róg i z trumny wypłynął promień złotego światła. Złote światło zamieniło się w pływającego wieloryba, okrążyło salę kilka razy, po czym wypłynęło z sali.

Drzewa osmantusowe na zewnątrz hali nie miały już kwiatów. Duża ryba przepłynęła obok. To już nie było miejsce deszczu osmantusa.

Poszybował w niebo i powrócił z morza chmur.

Wysoki Kapłan śpiewał. Uklęknął i pokłonił się. 

— Jego dusza spoczywa w pokoju.

Wszyscy płakali i kłaniali się. 

— Fu Ling-Jun zginął bohaterską śmiercią.

— Bohaterski duch wrócił do Niebios.

Pośród tej grupy białych demonów i potworów tylko Mo Xi nie płakał. Uklęknął w milczeniu i tępo patrzył na tę scenę. Kto odszedł?

Kto umarł…

Kto zginął bohaterską śmiercią?

Kim był ten bohaterski duch?

Bohaterska śmierć, co ona oznaczała? Słyszał to słowo od najmłodszych lat. Nagle stało się to takie obce z powodu śmierci ojca.

Myślał, że te słowa są olśniewające. Tęsknił za polem bitwy. Co to było?

“Bohaterski duch wrócił do Niebios.”

“Jego dusza spoczywa w pokoju.”

Nie. 

Nagle zadrżał. Nie chciał żadnej bohaterskiej śmierci. Nie chciał, żeby jego ojciec był bohaterem. Chciał tylko, żeby jego ojciec stał na dziedzińcu. Chciał, żeby ojciec przyprowadził go na zbiór kwiatów osmantusa i uwarzył dzbanek słodkiego wina.

Chciał, żeby jego ojciec wrócił. Chciał, żeby ojciec wrócił i trzymał go za rękę. Pochylił głowę i powiedział z uśmiechem: „Mo Xi, w tym roku skończysz siedem lat. Ojciec zaprowadzi cię do szkoły. Musisz być posłuszny i dobrze kultywować ze starszymi”.

Myśląc o tym, miał wrażenie, że naprawdę widzi swojego ojca stojącego w drzwiach. Jak się odwraca i uśmiecha do niego.

— Mo Xi — powiedział do niego. — Dobre dziecko, chodź tutaj. Niech ojciec cię zobaczy.

Mo Xi szedł w roztargnieniu w stronę postaci odbitej w świetle słońca.

Nagle eksplodowały petardy pogrzebowe. Trzeszczący dźwięk zdawał się budzić ze snu jego duszę.

— Ojcze? — Mo Xi był zagubiony. — Ojcze, gdzie jesteś?

Gdzie jesteś?

Za drzwiami nie było nikogo. Była tylko biel.

Jego palce były zimne. W tej okrutnej chwili niejasno zrozumiał, co oznacza „śmierć”. 

Nagle zaczął krzyczeć i wzywać ojca. Wybiegł z sali. Urzędnicy byli jeszcze bardziej zszokowani i zasmuceni, gdy to zobaczyli. Ciągle ocierali łzy. Jego wuj pospiesznie wyszedł i podniósł walczącego Mo Xi. Jego oczy były czerwone, gdy powiedział: 

— Mały, posłuchaj mnie,chodź do wujka…

— Widziałem ojca! Widziałem go! — krzyknął Mo Xi. Nagle stracił głos i rzucił się wujowi w ramiona. W końcu wybuchnął płaczem. — Widziałem go… Dlaczego odszedł? Dlaczego odszedł? Dlaczego już mnie nie chce? — siedmioletnie dziecko krzyczało ochryple, a po jego twarzy spływały łzy.

W końcu jego wargi zadrżały, gdy wymamrotał: 

— Dlaczego on mnie nie chce…

Miał siedem lat.

Nie mógł się doczekać gwiazd i księżyca. Nie mógł się doczekać siódmego roku życia u boku ojca.

A więc to tak wyglądało.

Więc to była wojna. Taka była cena chwały.

Ponad pół roku później nadeszły jego urodziny. Nadal nosił żałobne szaty. Był to najwspanialszy jedwab i najbardziej wykwintne wykonanie. Żałoba rodziny Mo była chwalebna, a jej status był jeszcze wyższy niż wcześniej. No i co z tego?

Podszedł do okna. Drzewo osmantusa na zewnątrz ponownie zakwitło. Zielony pawilon był wypełniony złotymi kwiatami. Każdy z nich był jak odbicie ubiegłego roku. Usiadł w pawilonie i wyjął kalendarz, który wypełniał od ponad dwóch lat. Był już pokryty grubą warstwą kurzu.

„Ile jeszcze dni do moich siódmych urodzin?” — Głos sprzed lat wydawał się być tuż obok jego ucha.

W tym momencie Mo Fu Ling-Jun położył dłoń na jego głowie.

“Nie ma pośpiechu."

“Ale mi się spieszy, ojcze. Naprawdę chcę pominąć te dwa lata. Kiedy otworzę oczy, będę mieć siedem lat.”

Mo Fu Ling-Jun się roześmiał. Jego śmiech zmienił się z czystego w niewyraźny, aż w końcu stał się cichym szelestem liści za oknem.

Mo Xi nie wiedział wtedy, jaka będzie przyszłość. Miał tylko wrażenie, że te dwa lata były długie i nudne. Chciał przez nie przebiec, by dożyć swoich siódmych urodzin i zbliżyć się do pola bitwy, za którym tak gonił. Nie wiedział jednak, że te dwa lata, na które tak czekał, będą ostatnimi chwilami w jego życiu, kiedy będzie miał ojca.

Odtąd, niezależnie od tego, jak bardzo żałował i jak rozsądny się stał, nie mógł wrócić — do tego siebie, którym gardził i nienawidził.

Ostatnie siedemset dni.

Przytulił kalendarz. Krzyżyki kończyły  się w Nowy Rok szesnastego roku kalendarza Chonghua. W dniu, w którym otrzymali raport wojenny.

— Ojcze… — powiedział cicho. — Nadszedł ten dzień, na który czekaliśmy. Mogę iść do szkoły.

Czekał chwilę, ale nikt mu nie odpowiedział.

Mo Xi opuścił głowę i zwinął się w kłębek. Jego ramiona lekko drżały. Na koniec cicho płakał.

— Ojcze… nie kłóćmy się już, dobrze? nie odchodź… wróć…

Wróć…

Słowo „bohater” jest zbyt okrutne. Chcę tylko, żebyś razem ze mną stał w Sali Ming i patrzył, jak kwiaty osmantusa kwitną tej jesieni.

Wróć…

Kiedy dorosnę, pozwól mi iść na pole bitwy, dobrze? Nie chcę już sławy i fortuny. Nie lubię już walczyć. Chcę cię tylko chronić. Chcę być po twojej stronie.

Chcę, żebyś wrócił do domu.

Ojcze…

— Nigdy mnie nie zrozumiesz. — Na szczycie Góry Duchów Wojny Mo Xi powoli otworzył oczy. Jego wzrok zatrzymał się na chwilę na jadeitowej tabliczce Fu Ling-Juna, po czym zwrócił się na Gu Manga.

— Jeśli nie zaangażowałeś się w wojnę dla własnych korzyści, nie rozumiem, dlaczego uciekłeś do wrogiego kraju Liao — powiedział obojętnie.

— …

— Chonghua cię zawiodło.. Jesteśmy ci to winni. Ale przed tobą jest więcej niż jedna ścieżka. Jest też więcej niż jedno miejsce, w którym mogłeś zdradzić swój kraj. Ale wybrałeś kraj Liao. — Czarne oczy Mo Xi były zimne. — Myślisz tylko o zemście. Za swoje ambicje, za towarzyszy, za własny honor. Nie przejmujesz się krwią innych ludzi.

— Mo Xi…

— Przepraszam. Jestem bezużyteczny. Nawet gdybym wykorzystał swoje życie, nadal nie mógłbym zmusić cię do powrotu.

Gu Mang spojrzał mu w oczy. Te oczy były zbyt czarne, zbyt zimne, zbyt głębokie. Było w nich siedem lat rozczarowań. 

Serce Gu Manga nagle zadrżało.

Nie wiedział, jakiego rodzaju były to emocje. Wiedział tylko, że nie chce widzieć Mo Xi w takim stanie.

Nie chciał, żeby Mo Xi tak na niego patrzył.

Kiedy jego krew się zagotowała, wypalił: 

— Czy możesz mi zaufać jeszcze raz?

To zdanie było jak płonąca strzała. Zarówno osoba, która mówiła, jak i osoba, do której zostało wypowiedziane, zamarły.

Oczy Mo Xi lekko się rozszerzyły. Na jego przystojnej twarzy malowało się zdziwienie. 

— Co?

Gu Mang przygryzł wargę. Wstał i spojrzał na niego na tle nieba. 

— Nie wiem, kim byłem wcześniej. Całkiem zapomniałem o przeszłości. Ale teraz myślę, że to, co powiedziałeś, jest słuszne. Nie lubię walczyć i zabijać. Nie lubię też zdrady.

Jego biała szata powiewała na zimnym wietrze. Po niebie powoli przesuwała się gruba warstwa chmur. 

Bestia przeszłości stanęła przed Mo Xi. Pod światło Mo Xi nie widział wyraźnie jego twarzy. Ale głos, który docierał do jego uszu, był tak stanowczy, jak zanim stracił pamięć.

— Chcę odpokutować za swoje grzechy. Nie chcę cię rozczarować — powiedział Gu Mang. W jego głosie była naturalna moc, która uderzała w duszę. — Czy możesz mi zaufać jeszcze raz?

— …

Jego szata zatrzepotała.

Gu Mang na uklęknął przed Mo Xi na jedno kolano. Po raz pierwszy naprawdę się pokłonił. Z szacunkiem, z poczuciem winy, z nadzieją i pasją, dźwigając ciężar krwi i zimna, powiedział cicho: 

— Proszę, bądź moim Mistrzem.

Mo Xi przez chwilę nie mógł nic powiedzieć.

W tym momencie rozległo się nagłe klaskanie i niedaleko dobiegł ich głos zimny jak dym. 

— Jakie to wzruszające. Co się dzieje? Syn marnotrawny otwierający nowy rozdział jest cenniejszy niż złoto? Tsk, tsk, tsk. Jestem naprawdę wzruszony.



-------------------------


Autorka ma coś do powiedzenia:



System: Dzięki twojemu znakomitemu występowi na bankiecie noworocznym, twoje Punkty Nienawiści spadły o 30.


A-Lian: Jestem taki szczęśliwy!! W końcu spadło!! Gdyby spadły jeszcze trochę, nie musiałbym już być antagonistą!!


System: Witaj, otrzymałeś nową misję. Idź na Górę Duchów Wojny i obrażaj głównego bohatera. Ta misja jest koniecznością. Jeśli jej nie wypełnisz, Chonghua wyda zakaz palenia.


A-Lian: … Przyjmuję. Przyjmuję, okej?!!

Komentarze